Login
Hasło
    
Opisy, zdjęcia, filmy
 


Substancje zakazane cz. I


Jeszcze niedawno można było korzystać bez ograniczeń z dobrodziejstwa suplementów i środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego. Jednak przez ostatnie 2 lata Główny Inspektorat Sanitarny wraz z wojewódzkimi oraz powiatowymi stacjami sanitarno-epidemiologicznymi wprowadzili tyle restrykcji, że coraz większa liczba produktów znika z rynku lub ich skład zostaje tak zubożony, że przestają być atrakcyjne dla konsumenta. Kto wie, jaka naprawdę jest przyczyna takiego postępowania organów ustawodawczych. Być może w gronie zakazanych produktów znalazł się wasz ulubiony preparat aminokwasowy lub spalacz tłuszczu?

Polowanie na czarownice

Niedawno można było obejrzeć w telewizji stanowisko organów sanitarnych w sprawie ograniczenia dostępu do suplementów diety i środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego. Główną myślą przekazu było naświetlenie problemu, jaki istnieje w odróżnieniu danego suplementu od leku.

Jan Bondar, rzecznik Głównego Inspektora Sanitarnego (GIS) przyznaje, że w wielu przypadkach różnica między lekiem a suplementem jest bardzo trudna do określenia. Sanepid wnioskował więc, aby o tym, czy dany preparat jest lekiem czy suplementem, decydowali eksperci powołani przez Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych. Zdaniem urzędników GIS w nowelizacji ustawy powinien pojawić się zapis, iż GIS ma obowiązek zwracać się o wydanie decyzji administracyjnej w sprawie danego preparatu do Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych. I tutaj pojawia się problem. Dlaczego? Dlatego, że suplementami nie zajmują się osoby, które miałyby jakąkolwiek wiedzę z tego zakresu.

GIS jest organem decyzyjnym, zaś wykonawczym jest Państwowa Powiatowa Inspekcja Sanitarna (PPIS), bardziej znana pod spędzającą sen z powiek właścicielom budek z kebabami nazwą – sanepid. Do kompetencji tych ostatnich należy decyzja, czy zablokować sprzedaż danego produktu czy też nie, jednak oznacza to również branie pełnej odpowiedzialności za wydawane decyzje. Drabina władzy wygląda następująco – GIS dochodzi do wniosku, że w suplemencie, nazwijmy go „SuperWycinka2000”, znajduje się niedozwolona w Polsce synefryna. Informację tę wysyła do Wojewódzkiej Stacji Sanitarnej, która dochodzi do wniosku, że skoro GIS ma zastrzeżenia, coś w tym musi być i przekazuje sprawę władzy wykonawczej, czyli PPIS. Pracujące w sanepidzie panie, choć nie mają absolutnie żadnej wiedzy, co to może być synefryna, czytają informację z GIS, że suplement „SuperWycinka2000” nie spełnia norm opisanych w ustawie o bezpieczeństwie żywności i czym prędzej biegną do dystrybutora, importera bądź sklepikarza, by sprawdzić, czy ten nie sprzedaje niedozwolonego suplementu lub środka spożywczego specjalnego przeznaczenia żywieniowego.

Oczywiście ktoś musi zostać ukarany, a najmocniej dostanie się producentom oraz dystrybutorom produktów przeznaczonych dla sportowców. Skrzywdzeni zostaną także konsumenci, ponieważ zostaną odcięci od swoich ulubionych produktów, z których korzystali od lat. Suplementy spożywane są przez setki tysięcy osób na całym świecie i nikt do tej pory nie umarł z powodu „niebezpiecznych dla zdrowia składników preparatu”, ale inspekcja musi zareagować. Czy szukanie winnych tam, gdzie ich nie ma, przypomina wam polowanie na czarownice?

Absurd wydawanych decyzji

Jak wspomniałem wyżej, GIS może posłużyć się URPL w celu wydania opinii, czy dany środek może być dopuszczony do obrotu, czy też jego skład budzi wątpliwości. W produktach importowych często występują substancje ogólnie przyjęte na Zachodzie, w Polsce uchodzące za środki specjalnego przeznaczenia medycznego, czyli leki. Jednak brak wiedzy pracowników GIS prowadzi do sytuacji, kiedy zleca się URPL przebadanie środka zawierającego aminokwasy pozyskane z serwatki czy też preparat witaminowy na obecność substancji rozumianych w świetle prawa jako środki lecznicze… Być może ma to swoje uzasadnienie ze względu na brak zunifikowanych list składników mogących wchodzić w skład suplementów diety lub też środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego. Żaden urząd nie ma tak naprawdę takiego dokumentu, a decyzje o dopuszczeniu danego składnika odbywają się poprzez porównania poszczególnych preparatów, czego skutkiem jest wpisanie na listę składników zabronionych kolejnej pozycji. Wyjaśnię to na przykładzie: firma XXX wypuszcza na rynek produkt zawierający trzy rodzaje żeń-szenia: azjatycki (Panax ginseng), syberyjski (Eleutherococcus senticosus) oraz brazylijski (Pffafia paniculata). W związku ze skargą klienta na nadmierne pobudzenie (nie występujące przy produktach zawierających sam żeń-szeń azjatycki) organy sanitarne wpisały dwie pozostałe odmiany tej rośliny na listę środków budzących wątpliwości w bezpieczeństwie stosowania i dostępnych jedynie na receptę przy konsultacji ze specjalistą z dziedziny medycyny. Uściślijmy: państwowe organy odpowiadające za bezpieczeństwo żywności i żywienia wpisują składniki na listy produktów medycznych na zasadzie porównań (jeden środek wykazywał efekty uboczne = wszystkie środki zawierające ten składnik będą niekorzystne dla zdrowia) na podstawie skargi konsumenta. W takim wypadku daną osobę powinno się poddać badaniom oraz dowiedzieć się, jakie leki oprócz suplementu zażywała. Interakcje pomiędzy wyciągami roślinnymi a lekami mogą występować, ale z pewnością nie będą w pojedynczej dawce na tyle silne, aby wykazywać efekty uboczne. Poza tym suplementy i środki spożywcze specjalnego przeznaczenia żywieniowego kierowane są do sportowców, aby pomóc im zwiększyć wydolność treningową, przyspieszyć regenerację czy też wspomóc utratę tłuszczu lub nabycie masy mięśniowej. Z reguły ciężko chora osoba nie używa suplementów przeznaczonych dla sportowców, przyjmując jednocześnie leki przeciwzakrzepowe i inhibitory MAO, co także jest opisane na etykiecie środka.

Jan Bondar wspomniał, że po 1 stycznia 2010 roku GIS nie planuje nagonki na wszystkie suplementy. Rynek ten jest stale kontrolowany i tak też będzie po nowym roku. Zachęca się przede wszystkim do rozsądku. Osoba, która ma urozmaiconą dietę i prowadzi aktywny tryb życia, nie musi wspomagać się suplementami diety – podkreśla.
Należy jednak pamiętać, że procent ZDS, oznaczający ilość zalecanego dziennego spożycia, jest wyliczony dla osoby o średniej masie ciała i niecharakteryzującej się podejmowaniem aktywności fizycznej. Ilość ta jest wyliczona tak, aby nie ucierpieć z powodu hipowitaminozy (niedomiaru witamin). Natomiast u intensywnie trenujących sportowców (nawet 2 razy dziennie) procent ZDS może wzrosnąć nawet tysiąckroć! Jednakże ilości przekraczające 100% są stale powodem zastrzeżeń organów sanitarnych i placówek zajmujących się opiniowaniem produktów.

Wymogi w zakresie informowania konsumenta

Także wymogi stawiane dystrybutorom przyprawiają o bóle głowy. Nie dość, że są one bardzo szczegółowe, to jeszcze ich treść zmienia się co kilka miesięcy. Pomyślmy teraz, jaki stanowi to problem dla dystrybutora, mającego w swojej ofercie blisko 500 produktów. Dnia 28 października 2008 roku weszła w życie nowa dyrektywa Dziennika Urzędowego Unii Europejskiej, która zmieniła zalecane dzienne spożycie witamin i substancji mineralnych. Z załącznika do dyrektywy 90/496/EWG możemy się dowiedzieć, że musimy zmienić wszystkie etykiety produktów, przeliczając wszystkie ilości na nowo. W międzyczasie musimy się uporać z wysyłką bieżących zamówień i martwić się na zapas, czy za jakiś czas nie otrzymamy telefonu od pracowników PPIS, że podczas kontroli w sklepie znaleźli produkty ze starymi etykietami niedostosowanymi do nowych przepisów.

„ŚRODEK SPOŻYWCZY SPECJALNEGO PRZEZNACZENIA ŻYWIENIOWEGO

Preparat przeznaczony dla sportowców. Stosować jedynie jako uzupełnienie diety – środek nie zastępuje posiłku. Środki spożywcze specjalnego przeznaczenia żywieniowego nie mogą być substytutem zróżnicowanej diety. Przechowywać w suchym i niedostępnym dla dzieci miejscu. Chronić przed światłem. Produkt przeznaczony dla osób pełnoletnich. Zawiera substancje słodzące. Zawiera źródło fenyloalaniny. Nie może być stosowany przez osoby chore na fenyloketonurię. Produkt może wywoływać reakcje alergiczne u szczególnie wrażliwych osób. Długotrwałe przyjmowanie powinno odbywać się pod kontrolą specjalisty z zakresu medycyny. Osoby stosujące leki powinny skonsultować stosowanie preparatu z lekarzem.”

Powyższy tekst stanowi bazę opisu preparatu typu gainer, zawierającego w swoim składzie substancje słodzące. Nie jest to jednak wszystko. Jeżeli produkt zawiera ekstrakt z 4-hydroksyizoleucyny (wykazującej efekt insulinotropowy), trzeba dodać sentencję, że produkt nie może być stosowany u osób z zaburzoną gospodarką węglowodanową (hipo-/hiperglikemia) lub cukrzycę. Podobne dodatkowe wytyczne obejmują kurkuminę, żeń-szeń, niezbędne nienasycone kwasu tłuszczowe itp. W przypadku spalaczy tłuszczu lista ostrzeżeń jest znacznie dłuższa i obejmuje przeciwwskazania w wypadku występowania chorób naczyniowych. Należy nadmienić, że ostrzeżenia te nie mogą być ujęte jedynie w tym wzorze. Muszą one występować także samodzielnie w polu etykiety, aby konsument przypadkiem ich nie przeoczył! Przecież nie chcemy, aby ktoś znudzony czytaniem opisu zalecanego użycia nie dotarł do samego dołu i zrobił sobie krzywdę, prawda? Czy wam też się wydaje, że to paranoja?

Opinia opinii nierówna?

GIS zwraca także uwagę, że zleca opiniowanie środków Urzędowi Rejestracji Produktów Leczniczych. Dlaczego akurat tam? Jakiś czas temu bardzo popularną placówką był Instytut Żywności i Żywienia im. Aleksandra Szczygła w Warszawie. Jednak i tutaj miały miejsce serie ekscesów. Po opłaceniu opinii i przesłaniu zgłoszenia produktu do GIS wraz z opinią IŻŻ okazywało się, że inspektor sanitarny wnosi zastrzeżenia do przedłożonej opinii placówki naukowej, która jest jedną z pięciu placówek w Polsce mogących takie opinie wydawać. Pytanie, czy jest to swojego rodzaju faworyzowanie określonej instytucji, pozostawiam wam, drodzy czytelnicy.





Pokaż wszystkie artykuły...